piątek, 19 maja 2017

Rozdział 2


Pierwszego poranka po przyjeździe Hope obudziła się nie mając pojęcia,gdzie się w ogóle znajduje. Dopiero po kilku sekundach przypomniała sobie,że jest w Nowym Orleanie.
W domu. Albo i nie...
Nie czekając ani minuty dłużej,wyskoczyła z pościeli i udała się pod prysznic. Wychodząc z pokoju narzuciła na ramiona ulubioną,skórzaną kurtkę z zamiarem opuszczenia posiadłości i poznania miasta,które tak kochał jej ojciec.
Dokąd to tak wcześnie gołąbeczko?
Zatrzymała się jak skamieniała na dźwięk głosu Klausa. Dostrzegł ją przechodzącą przez korytarz w stronę głównego holu. Siedział na zabytkowej kanapie z jedną nogą założoną w poprzek na drugą i ramieniem na oparciu. W ręce trzymał szklankę z whisky.
Jego córka ostrożnie weszła do pokoju.
Nie wstyd ci tak z samego rana? – spytała wskazując głową na szklankę z grubego szkła.

Na jego ustach pojawił się ten sam uśmiech,który towarzyszył mu poprzedniego wieczoru na kolacji,gdy odmówiła napicia się krwi.
Alkohol otumania tylko ludzkie umysły. Nam,istotom wyższym pomaga zapanować nad głodem. No,ale tobie przecież nie jest jeszcze potrzebny.
Jego stwierdzenie znów zmroziło ją wewnątrz,jednak nie dała tego po sobie poznać. Uśmiechnęła się tylko i zajęła miejsce obok niego.
Być może,jednak z przyjemnością napiję się z tobą,o ile pozwolisz.
Najmłodszy z Mikaelsonów wybuchnął krótkim śmiechem i odstawił szklankę na stolik,po czym utkwił w swojej córce przenikliwe spojrzenie.
Fascynujesz mnie,mój mały wilczku. Bez wątpienia buźkę odziedziczyłaś po matce,jednak wciąż mnie zastanawia,co drzemie w twoim wnętrzu? Czy w tym względzie również jesteś nią? A może wdałaś się we mnie?
Sądzę,że w tym względzie jest po równo.
Ciekawe. Dlaczego tak sądzisz?
Czuję,że tak jest.
Wpatrywała mu się prosto w oczy usiłując wytrzymać jego spojrzenie.
Przekonamy się. – mruknął. – Więc,Freya uprzedziła cię,że nie wolno ci tutaj wykonywać tych waszych sztuczek?
Odkręcił butelkę i nalał do drugiej szklanki bursztynowego płynu wręczając ją córce. Hope skinęła głową i upiła łyk. Powstrzymała grymas. Smak drogiej whisky wcale jej nie odpowiadał,ale już po pierwszym łyku mogła stwierdzić,że działa.
Mniemam,że trochę cię ich nauczyła.
Taak,całkiem sporo – mruknęła Hope.
Dobrze. Przydadzą nam się w przyszłości. Trzeba raz na zawsze zrobić porządek z tymi cholernymi czarownicami.
Zmarszczyła brwi i już miała zapytać,o co dokładnie mu chodzi,gdy w progu pokoju stanęła Hayley. Oparła dłoń o futrynę i uśmiechnęła się leniwie na widok dawno nie widzianej córki.
Tutaj jesteś – skwitowała wchodząc w głąb pokoju. Wymieniła ostrzegawcze spojrzenie z Klausem i skrzyżowała dłonie na piersi.
Cześć mamo.
Wciąż nie mogła przyzwyczaić się do brzmienia tego słowa.
Pomyślałam,że pokażę ci miasto. Co ty na to?
To absolutnie wykluczone – wtrącił Klaus.
Dlaczego? – Matka i córka równocześnie spojrzały w kierunku pierwotnego.
Chyba wyraziłem się jasno mówiąc,że czarownice mogą chcieć wykorzystać naszego wilczka. W twoim towarzystwie droga Hayley,podamy im naszą Hope na tacy.
W porządku,pójdę sama – oznajmiła prędko Hope i pospiesznie upiła ostatni łyk whisky podnosząc się z kanapy. Zanim którekolwiek zdążyło ją zatrzymać,była już na dziedzińcu.
Klaus uśmiechnął się i nonszalancko zarzucił ramię na oparcie wiekowej kanapy.
Moja krew – skwitował.


*


Gdy tylko wyszła na tętniące życiem ulice Nowego Orleanu,natychmiast zapomniała o rozgrywającym się w posiadłości dramacie rodzinnym. Podświadomie czuła,że znalezienie miejsca w tej rodzinie będzie trudne,jednak z miastem rzecz miała się zupełnie inaczej.
Skręciła w główną ulicę i jej oczom ukazał się barwny korowód tańczących w akompaniamencie jazzu artystów. Uśmiechnęła się do siebie i przystanęła chwilę przyglądając się widowisku. Po chwili jej wzrok przyciągnęła kolejna grupa,tym razem ewidentnie turystów prowadzonych przez krępą,czarnoskórą kobietę o kręconych włosach. Chociaż stała w znacznej odległości,jej ucho wychwyciło każde słowo wypowiadane przez przewodniczkę. Kobieta opowiadała bowiem o magii voodoo.
Hope zmarszczyła brwi i dyskretnie zbliżyła się do grupy nie pozwalając się jednak zauważyć. Wyczuwała energię tej kobiety. Jej paplanina nie była tylko stekiem bzdur dla przyjezdnych,ta kobieta naprawdę była czarownicą.
Niezły obłęd,co?
Drgnęła na dźwięk głosu,który rozległ się znikąd za jej plecami. Ujrzała dziewczynę mniej więcej w jej wieku. Ubrana w pstrokate ciuchy i z opaską na rudych włosach mogła bez obaw iść w pochodzie razem z jazzowymi artystami.
Utkwiła w Hope spojrzenie swoich intensywnie zielonych oczu,więc nie było wątpliwości,że mówi do kogoś innego.
Eee,słucham?
Ta babka – Ruda wskazała podbródkiem na czarownicę i jej grupę. – Te wszystkie rzeczy,które wygaduje o voodoo. Ludzie słuchają z politowaniem,bo tak naprawdę w to nie wierzą.
A ty wierzysz? – spytała Hope.
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
Na razie sama nie wiem w co wierzę.
Panna Mikaelson pokiwała w zamyśleniu głową. Coś w tej dziewczynie sprawiało,że miała ochotę bliżej ją poznać.
Jestem Hope. To mój pierwszy dzień w Nowym Orleanie.
Meredith. Wzajemnie – uśmiechnęła się. – Miło wiedzieć,że nie tylko ja jestem tu obca. Pójdziemy gdzieś na kawę?


*

Więc...Jak się tu znalazłaś? – spytała Hope opierając łokcie na okrągłym stoliku w stylu bistra,kiedy już znalazły przytulną knajpkę i złożyły zamówienie. We wnętrzu panował radosny gwar doprawiony szumem wiatraka kręcącego się u sufitu.
- Właściwie to szukam swoich korzeni. Chcę sprawdzić,czy to,co dotychczas mówiono o mojej rodzinie jest prawdą. A ty?
Taak,też coś w tym rodzaju – mruknęła Hope po części zachowując ostrożność,a po części zaintrygowana wyznaniem nowej znajomej. – Dlaczego sprawdzasz to akurat w Nowym Orleanie?
Cóż,wciąż dziwnie mi o tym mówić,ale ponoć mieszkają tu prawdziwe czarownice,a ja rzekomo jestem jedną z nich. Nieźle pokręcone,co?
Zamówiona kawa dała Hope chwilę na przetrawienie nowych informacji. Zmarszczyła brwi i swobodnie ujęła filiżankę w dłonie.
Okej,masz jakieś tropy? Znasz tu jakieś rzekome czarownice?
Nie – Meredith pokręciła głową ze smutkiem. – Jestem tylko ja kontra Nowy Orlean. To pewnie strata czasu,ale traktuję tą podróż jako sposób na poznanie siebie.
Hope pokiwała głową i upiła łyk kawy. W jej głowie krążyło wiele rozmaitych myśli. Czy ona jest jakąś wysłanniczką miejscowych czarownic czy naprawdę nie ma z nimi nic wspólnego?
Skupiła energię i wysłała jej strumień w stronę Meredith. Do jej świadomości powoli zaczęła docierać aura. Z pewnością nie była ani ludzka ani wampirza czy wilkołacza. Co dziwniejsze, nie zgadzała się nawet z aurą tamtej czarownicy.
Co jeśli ci powiem,że naprawdę jesteś czarownicą?
Rudowłosa pochyliła się i wytrzeszczyła oczy.
Skąd to wiesz?
Bo sama nią jestem – uśmiechnęła się Hope.
Ale czad! – pisnęła Meredith klaskając w dłonie.
Ciszej. Nie mogę się z tym afiszować.
Dlaczego? Przecież to cudowne!
Nie dla wszystkich. – uśmiechnęła się ze smutkiem Hope. – Ale to dłuższa historia.


*


John wyskoczył ze swojego samochodu trzaskając drzwiami. Badania nad bruxą zajęły mu więcej czasu niż początkowo oczekiwał,większość wzmianek,na które się natknął wymagały tłumaczeń. Nie lubił tego robić. Wolał działać szybko i konkretnie niż ślęczeć w nadziei na jakikolwiek ślad,jednak nie było sposobu,aby to przeskoczyć. Przez to był już grubo spóźniony na spotkanie z Mari.
Siedziała na obitej materiałem sofie w samym końcu sali ich ulubionej kawiarni poza miastem i rozglądała się nerwowo. Jej czoło wygładziło się,gdy wyłowiła go wzrokiem.
Tak,tak,wiem – oznajmił zanim zdążyła otworzyć usta – Przepraszam.
Znowu nad czymś pracujesz?
Westchnął i ciężko opadł na siedzenie naprzeciwko niej. Nic nie mogło umknąć jej uwadze. Ale za ponadprzeciętną inteligencję właśnie między innymi tak bardzo ją kochał.
Tak,wczoraj zakończyłem jedno polowanie, ale to było coś...innego. Nawet nasi ojcowie nigdy się z czymś takim nie spotkali.
Mari pokiwała głową,jednak jej spojrzenie było nieobecne. Zamieszała łyżeczką parującą kawę w stojącym przed nią dużym kubku.
John wiedział,że nie ma sensu ciągnąć tematu,bo jego mała siostrzyczka nigdy nie czuła się pewnie kiedy rozmowa wkraczała na nienaturalne tematy. Nawet do Imoen odnosiła się niekiedy z rezerwą czy nieśmiałością,mimo iż jego matka była bardziej ludzka niż niejeden czystej krwi człowiek.
Ale jego akceptowała takim,jaki był i za to był jej bardzo wdzięczny.
Zanim zdążył ponownie otworzyć usta, znikąd zjawiła się kelnerka i postawiła przed nim parujący napój. Spojrzał pytająco na Mari,a ta uśmiechnęła się.
Przecież wiedziałam,że się spóźnisz. – puściła mu oczko.
Roześmiał się tylko i spojrzał na zawartość kubka. Czarna,mocna i najpewniej słodka kawa. Jego ulubiona.
Jak ty mnie znasz – skwitował spuszczając wzrok.
Rozmawiali jeszcze dobre dwie godziny, podczas których kawa zdążyła wystygnąć. Mari z błyskiem w oczach opowiadała o college'u i nowych znajomych a John cieszył się jej szczęściem. Wiedział,że to nigdy nie byłoby życie dla niego i pomimo jej entuzjazmu, cieszył się, że jego ścieżka wiedzie w zupełnie inną stronę.
A co z dziewczynami? – spytała znienacka Mari unosząc znacząco brwi. – Masz jakąś na oku?
John prychnął i spuścił wzrok bawiąc się uchem od kubka.
Znasz mnie siostrzyczko. Dla swojego i jej dobra nie powinienem nigdy się zakochiwać.
Przesadzasz. Spójrz na naszych rodziców. Zawsze zarzekali się,że w ich życiu nie ma na to miejsca, bo ktoś ucierpi. I co? Jesteśmy tu. Cali i zdrowi.
Uśmiechnęła się tak promiennie, że nie miał siły polemizować. Po chwili spoważniała jednak i nachyliła się nad stołem. Potrafiła czytać z jego duszy jak z otwartej książki.
Zobaczysz, kiedyś spotkasz tę jedyną, przed którą będziesz mógł być sobą. Taką, która nie będzie zważała na twoją...odmienność a na to, co drzemie w twoim wnętrzu.
Tak,wnętrzu. Tego właśnie najbardziej się obawiał...
Odchrząknął, wypił ostatni łyk zimnej kawy wiedząc, że kofeina mu się przyda i oznajmił:
Późno już. Powinniśmy wracać.
Masz rację. Rodzice pewnie chcieliby spędzić z nami trochę czasu.
Odwiozę cię. – powiedział John rzucając na stolik dziesięciodolarowy banknot.
Chyba sobie żartujesz – roześmiała się Mari. – To tylko dwie przecznice stąd.
Ale jest ciemno i...
Wyluzuj Johnny. Doceniam twoją troskę,ale jestem już duża.
Młody Winchester odetchnął ciężko i przewrócił oczami. Wyszli przed kawiarnię i wyciągnął palec w stronę Mari.
Masz mi napisać,kiedy wrócisz do domu.
Tak tato. – mruknęła z ironią nachylając się aby pocałować jego szorstki policzek.
Pomachała mu dłonią,gdy ostrożnie wyjeżdżał z parkingu. Gdy zniknął za rogiem,wydobyła słuchawki i z włączoną muzyką ruszyła w swoją stronę. Pogrążona we własnych myślach szła przed siebie, dopóki przed jej oczyma nie ukazała się leżąca na chodniku sylwetka człowieka w konwulsjach. Wyrwała słuchawki z uszu i ruszyła biegiem w jej stronę.
Hej,hej, słyszysz mnie? – wołała łapiąc postać za ramię. Odwróciła ją delikatnie i jej oczom ukazała okryta kapturem się blada,dziewczęca twarz wykrzywiona z bólu.
Źrenice Mari rozszerzyły się,a serce zaczęło bić szybciej.
Pomocy! Proszę! – zawołała żałośnie,lecz ulica była pusta. Nagle poczuła uderzenie i zanim zdążyła się zorientować, zaliczyła bolesne lądowanie na przeciwległej, ceglanej ścianie. W ustach poczuła metaliczny posmak krwi,a i tak ledwie już dostrzegalne kontury ciemnego świata zaczęły rozmazywać się jej przed oczyma.
Z trudem dostrzegła,jak dziewczyna, której chciała pomóc wolnym krokiem rusza w jej stronę i pochyla się nad nią. Jej twarz widziała jak przez mgłę,jednak wiedziała,że postać jej się przygląda.
Chwilę potem te wszystkie myśli uleciały jej z głowy,gdyż umysł skupił się wyłącznie na przerażającym bólu, którym wręcz eksplodował jej brzuch. Chciała krzyknąć, lecz krew, którą wypełniły się jej usta sprawiła,że wydała z siebie jedynie warkot.

Gdy przewróciła się na chodnik, jej oczy były już nieruchome, utkwione w miejscu, gdzie zniknęła tajemnicza,zakapturzona postać.

----------------------------------------------------------------------------

Wiem,znowu skopałam sprawę. Znowu trochę minęło od poprzedniego posta,ale wreszcie narodził się w bólach spowodowanych brakiem weny. Dziś rano przed wyjściem na uczelnię słoneczko tchnęło we mnie inspirację i wreszcie ten rozdział mógł się pojawić. Dużo mu brakuje do ideału,jednak zawarłam w nim najważniejsze rzeczy i mam nadzieję,że zaskoczenie na koniec wynagrodzi długie czekanie :D Tak wiem,jestem okrutna.
Nie wiem co jeszcze powiedzieć. Chyba tylko tyle,że mam nadzieję na utrzymanie się weny przez najbliższy czas.
Buziaki!

3 komentarze:

  1. Podobają mi się umiejętności Hope przeraziła mnie sytłacja Mari czy ten stwór chce czegoś od Sama,że ją zatakował liczę na wiele wspulnych momętów Klausa i Helly pozdrawiam liczę,że poskończeniu opowiadania będzie kontynłacja

    OdpowiedzUsuń
  2. Po pierwsze cieszę się, że wreszcie coś dodałaś, tak długo czekałam i miałam zamiar już dzisiaj do Ciebie pisać ;) Po drugie co tyczy się opowiadania to jestem ciekawa jakie jeszcze umiejętności ma Hope. Mam nadzieję, że ona i Meredith będą przyjaciółkami, liczę na to ;) poza tym martwi mnie to co spotkało Mari, żeby nic poważnego jej się nie stało a co najważniejsze by ich rodzice się nie wściekli, po Deanie to można spodziewać się wszystkiego :D zresztą zabrakło go w tym rozdziale jak i Sama oraz Samanthy o ile dobrze pamiętam a jak nie to wybacz mi :P Czekam na ciąg dalszy wydarzeń i jak zawsze zapraszam do siebie ;) Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mi brakowało tego bloga i jestem zadowolona,że znalazłam natchnienie. Co do Mari to chyba sprawa niestety jest jasna...
      Wiem,że brakowało,ale starałam sie pisać jak najszybciej,wszyscy będą w następnym ;) Własnie zajrzałam i wiem,że mam u Ciebie 3 rozdziały do nadrobienia i postaram sie jak najszybciej nimi zająć :D

      Usuń